Narty – przygoda dla każdego

7 maja 2020 | Podróże

Miniony tydzień spędziliśmy w górach, dlatego nie inaczej chciałabym Wam o tej wspaniałej przygodzie nieco opowiedzieć. Czy próbowaliście kiedyś jazdy na nartach? Mam nadzieję, że po tym artykule będziecie chcieli spróbować. Zapraszam do lektury!

Każdego roku planujemy wakacje letnie, ponieważ każdy z nas zasługuje na odpoczynek i chwilę zapomnienia. Z wyprzedzeniem czasu planujemy letnie wakacje nad morzem, nad jeziorem, za granicą itd. A zimą? Czy planujecie również wakacje zimowe? Jeszcze siedem lat temu nie miałam pojęcia co tak naprawdę oznaczają ferie zimowe w górach, na nartach. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam!

W 2013 roku rodzice zabrali nas pierwszy raz na narty do Czech, ach, co to był za wyjazd… Na pewno nie najlepszy dla mnie, bo nie potrafiłam tych nart okiełznać i jeżdżenie na nich było dla mnie udręką. Rodzice natomiast, a zwłaszcza mój tato, pokochali narty od pierwszego jeżdżenia; tym samym od 2013 roku każdego roku planujemy ferie zimowe w górach – albo raczej tata planuje, bo jako jedyny z naszej rodziny mówi, że on latem nie musi nigdzie jechać, ale na narty zimą pojedzie, koniec i basta!

Następnego roku wybraliśmy się w daleką podróż do Włoch. Pojechała z nami moja koleżanka z liceum i to dzięki niej potrafię jeździć na nartach (jeżeli czytasz ten artykuł, to bardzo serdecznie Cię pozdrawiam i zawsze będę te ferie miło wspominać). W 2015 roku rodzice byli w Czechach, ja byłam wtedy na Erasmusie w Hiszpanii, a w 2016 roku pojechaliśmy wspólnie do Austrii. Kiedy Mieszko miał niespełna cztery miesiące, byliśmy w Czechach i wtedy napisałam artykuł na moim poprzednim blogu. 

W tym roku wybraliśmy się w daleką podróż do Livigno we Włoszech i troszkę Wam o tym Livigno opowiem.

Podróż była męcząca z tego względu, że trwała piętnaście godzin; piętnaście godzin w samochodzie, kto to wytrzyma! Dorośli mają problem, a co dopiero dwulatek. Mimo wszystko histerii ze strony Mieszka nie było, a tego się naprawdę obawiałam. Ze względu na małe dzieci zaplanowaliśmy wyjazd w nocy. Z radością muszę Wam przyznać, że Mieszko przespał całą noc w foteliku i obudził się nad ranem. Wzięłam go na ręce, pospał jeszcze godzinkę albo nawet dłużej, potem uratowały nas bajki, a później… no później to już trzeba było się trochę nagimnastykować, żeby nie było płaczu i krzyków… Wreszcie po piętnastu godzinach drogi dotarliśmy na miejsce, wszyscy zmęczeni i głodni.

Góry potężne i po prostu piękne, a miasteczko przeurocze. Charakterystyczna zabudowa – uwielbiam te górskie challety – świąteczny klimat, zwłaszcza po zmroku; kafejki, puby, restauracje tętniące życiem, bardzo przytulne, inne znów bardzo stylowe. Najlepsza gorąca czekolada jaką kiedykolwiek piłam, radośni i uśmiechnięci Włosi z tym swoim akcentem. Piękna pogoda, bo choć było naprawdę mroźno, to słonko ogrzewało nam twarze. Nawet nie potrafię Wam opisać słowami jak bardzo mi się tam podobało, z całego serca polecam każdemu to miejsce na ziemi!

Pojechaliśmy do Livigno grupką znajomych, więc było naprawdę wesoło! Około dwadzieścia pięć osób. Wszyscy z tym samym zamiarem, żeby pojeździć na nartach, a co niektórzy na desce. Ja mimo wszystko miałam Mieszka, więc z nart skorzystałam, ale odrobinkę. Większość czasu spędziliśmy z Mieszkiem na sankach, w parku dla dzieci na trampolinach, zjeżdżalniach i biegając po górkach. Niestety Michała tym razem z nami nie było, więc uwierzcie, miałam co robić z tym małym szkrabem. On ubrany na zimowo, ja zresztą też, plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, których z małym dzieckiem nie brakuje nigdy, sanki i “Mama Hopa” czyli na ręce! Codziennie około 13:00, po dwóch godzinach zabawy, wracaliśmy do pokoju na drzemkę i miałam chwilę dla siebie, żeby odpocząć, wypić kawę i nacieszyć się widokami za oknem. Nawet drobne porządki w takim miejscu sprawiały mi radość.

Drugiego dnia to ja miałam okazję pojeździć na nartach, wspólnie z koleżanką, mamą małego Borysa, pojeździłyśmy, zrobiłyśmy zdjęcia, wymarzłyśmy, a na sam koniec rozgrzałyśmy się przy dobrym grzańcu i typowej w takich miejscach jak Apres Ski zabawie, gdzie panuje taneczna, wesoła atmosfera, która udziela się każdemu!

Kolejny raz na nartach byłam jeszcze dwa dni później, ale w ten dzień wcale nie było miło, a jedynie bardzo zimno, bo było już późno i trasy były oblodzone. Ciężko się jeździło tym bardziej, że ja cały czas doskonalę swoje umiejętności i nie jeżdżę za szybko, bo się po prostu boję. Wolę nieco wolniej w swoim tempie na niebieskich trasach, na czerwonych trochę też, ale kiedy nie są zbyt strome. Chociaż zdarza się też, że kiedy jeździmy w grupie i wszyscy jadą, a ja z nimi i nagle zatrzymuję się, a przede mną dość stromy kawałek góry; wszyscy jadą, a ja stoję i patrzę, patrzę… wreszcie mówię: “No cóż, kobieto, nikt za Ciebie nie zjedzie, musisz to zrobić!” Są takie momenty, że wtedy faktycznie przełamuję jakieś własne lęki i zjeżdżam podtrzymując się na duchu. Czasami gadam sama do siebie – gdybyście popatrzyli wtedy na mnie z boku mogłoby być naprawdę śmiesznie.

Grunt to się nie poddawać i naprawdę próbować. Jazda na nartach to nie jest taka prosta sprawa, tym bardziej pierwszy raz w życiu. Mój pierwszy raz na nartach – leżałam co kawałek, byłam wściekła na Michała i wyzywałam, popłakałam się oczywiście, a na sam koniec zjechałam na pół z maleńkiej góry tzw. pługiem. Z każdym kolejnym wyjazdem było lepiej, ale nadal się uczę, zdarzają się upadki i siniaki. Mimo wszystko, w tym roku kiedy wjechałam na górę i założyłam narty, pomyślałam sobie: tęskniłam za tym! Jeżeli już nauczycie się jeździć na nartach w takim stopniu, że będziecie sobie w swoim tempie zjeżdżać od lewej do prawej czy od prawej do lewej, większymi lub mniejszymi łukami, to jeżdżenie stanie się naprawdę przyjemne. A zwłaszcza w takich górach jak Alpy, z takimi widokami! Możliwości jest mnóstwo; zawsze możecie skorzystać z lekcji z instruktorem i czuć się bezpieczniej.

Na pierwsze wyjazdy polecam zdecydowanie nasze polskie góry z tego względu, że taki wyjazd to są przede wszystkim koszty. Niektórzy z Was mogą nie być zadowoleni z tego, że wydali mnóstwo pieniążków na sprzęt, odzież, zakwaterowanie, dojazd, a na koniec nie wjechali na górę, a jedynie uczyli się jeździć u jej podnóża. Inni znów mogą bardzo szybko opanować jazdę na nartach czy desce jak mój mąż czy bracia. Jak szaleni jeżdżą od rana do samego końca dnia. Do ostatniego zjazdu, po czerwonych, po czarnych, poza trasą i wiecznie im mało.

Narty to naprawdę świetna przygoda dla każdego! Na stokach możecie spotkać małe czteroletnie dzieci, trochę starsze, młodzież, dorosłych i osoby w kwiecie wieku, nawet takie po sześćdziesiątce; to jedynie oznacza, że w tym sporcie nie ma bariery wiekowej i każdy może świetnie się bawić. Małe dzieci można zapisać do szkółek, których z pewnością nie brakuje. W takich szkółkach dzieci – trzylatki i czterolatki – będą nie tylko uczyć zjeżdżać się z małych górek, ale również odbywają się dla nich zajęcia, gry i zabawy na śniegu. Sami z Mieszkiem obserwowaliśmy taką szkółkę i bardzo mu się podobało, nawet przyłączył się do dzieci i rzucał z nimi piłkami. W tym roku był jeszcze za mały, ale w przyszłym roku pomyślimy czy nie dołączyć do lekcji a za dwa lata to już na pewno wystartuje na nartach nasz mały Miecho!

Mam nadzieję, że Wy również zechcecie spróbować, a może już spróbowaliście i chcielibyście podzielić się z nami jakąś ciekawą historią. Możecie pisać w komentarzach albo w wiadomości, również jeżeli chcecie mnie o coś zapytać.

Pozdrawiam Was gorąco!

Maja


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wszystkie pola są obowiązkowe.